Wyprawa

Szlakiem Lodowych Olbrzymów

Dnia 28 miesiąca, w którym Jul się obchodzi. Równo 10 świec od północy ruszyliśmy z Wojborem i jego psem zaczepno-obronnym w lasy rozpościerające się tuż za ziemiami Przemysława. Ubrawszy się w giezła lniane, przyodziawszy wełniane tuniki, portki i płaszcze, otuliwszy się opończami kapturów ruszyliśmy by zbadać niepokojące wieści o wydarzeniach, które dzieją się nocami po lasach.

Jako że zwierza w gęstwinie pełno, a zimowy niedostatek jadła zwiększa śmiałość i zaciętość wilków w dłoniach mieliśmy włócznie do obrony, przy pasach noże, a ja także i miecz żelazny w miedŹ oprawiony.

Wojbor przez dni kilka przed wyprawą ze swymi wujami, braćmi i rodzicielami świętował i nieskory był do jedzenia w czasie wyprawy. Wziął jeno zatem bukłak wody pełen. Ja, jako świadom, iż długa droga w zimnie i śniegu szybko nasze żołądki opróżni zaopatrzyłem się w jaja gotowane na twardo, sera kostkę i plastry pieczonego mięsiwa. Do tego chleb ciemny, z ziaren pieczony i miodu butlę aby koci rozgrzać. jak się okazało wszystko to przydało się w czasie odpoczynku przy ogniu. O tym jednak napisze za chwil kilka.

Droga jaką Wojbor obrał miała nas lasami ku rzece prowadzić, której korytem dalej iść mieliśmy śladów dziwnych wypatrując. Następnie zawrócić mieliśmy aby inną drogą powracać. tako też i wyglądała wyprawa owa choć szlaki zasypane zmusiły nas byśmy razy kilka po swych śladach wracali.

Kiedy poranne mgły uniosły się ponad konary zimowych drzew kilka razy słońce przebiło się przez chmury. Na kilka jednak uderzeń serca tylko widzieliśmy jego życiodajną tarczę, a że nisko było to nie zwyciężyło lodu, którym olbrzymy skuwały rzeki i stawy na naszej drodze.

Wypatrując po lasach miejsc dziwnych szliśmy lekko i sprawnie. Nawet porytą ziemię, która dowodem była, że olbrzymy harcują w okolicy pokonaliśmy sprawnie. Tak jak i uroczysko zamrożone, które pod naszymi nogami uginało się zdradzając, że w letnie miesiące jeno bagnista woda w nim stoi. Minęliśmy też biały, milczący las brzozowy, który szybko opuściliśmy gdyż cisza tam dziwna panowała.

Gdy wyszliśmy z lasów i dotarliśmy ku rzecznemu korytu teren zmienił się i droga nasza wiodła przez podmokłe łąki, trawiaste odstępy i ugory. Łatwo szło się tymi terenami i raz tylko drogi musieliśmy nadłożyć gdyż nie było rady na starorzeczny dopływ, który wił się przez bagniste krzaki, odcinając nam możliwość dalszej podróży. W czasie drogi wzdłuż rzeki wiele drzew położonych i ponadgryzanych przez bobry widzieliśmy co znakiem jest, że zwierząt tych mrowie nad ową wodą spotkać można. Kiedy przeszliśmy siedem lub osiem staj, jak Wojbor wyrachował, odeszliśmy nieco od rzeki i w cichym zagajniku zatrzymaliśmy się na popas. Zebrane po drodze suche trawy, zeszłoroczne pnącza i cienkie gałązki pozwoliły nam szybko ogień skrzesać i ogrzać się. Wtedy też jadłem się posililiśmy i ogrzaliśmy kości miodem. Wojborowy psiak strasznie łasy na jadło się okazał co podniosło u niego poziom miłowania nas do niebotycznych wręcz rozmiarów.

Na popasie zabawiliśmy nieco ponad pół świecy. Szaruga zaczęła kłaść się po lesie i wodzie. Słońce umykało szybko ku dołowi, a chmury ciemne nie nastrajały dobrze. Pierwsze płatki śniegu zwiastowały nocny opad. Ruszyliśmy więc szybko w powrotną drogę.

W połowie wytyczonego szlaku śnieg zaczął sypać gęsty lecz drobny, co jednak nie znaczy, iż po kolejnym staju lub dwóch nie przypominaliśmy śnieżnych bałwanów. Na szczęście kaptury wełniane wody nie przepuściły, a płaszcze chroniły od śniegu i wiatru. Ciężkie się jednak stały o czym obolałe barki dawały nam znać jeszcze przez kilka dni po wyprawie.

Ostatni etap podróży wypadł nam w gęstniejących ciemnościach i śniegu. Zakapturzeni i owinięci płaszczami niczym małe ludziki o owłosionych stopach, z sag które nakreślił pewien bard saski dotarliśmy do siedziby Przemysława.

Wyprawa przednia była i wiele nas nauczyła, a nauki te przytoczyć chce by inni, których los zagna w lasy i odstępy mogli z nich korzystać.

Pogoda była łaskawa przez większość dnia. Mróz lekki, a wiatru nie było. na taką pogodę starcza w zupełności giezło i wełniany kaftan oraz pałasz z kapturem. Ja sam wziąłem dwa kaftany ale jeden zostawiłem u Przemysława bo za gorąco było w nim. Gdyby jednak trzeba było w większy mróz iść to po założeniu go nie zmarzł bym wcale.

Niosąc w ręku włócznie warto by mieć rękawiczki wełniane lub futrzane bo palce grabiały nieco. Można bez nich podróżować ale trza wtedy dłonie w płaszcz owijać. Nie frasowało nas to mocno ale warte jest zauważenia.

Gdy śnieg zaczął padać i wiatr się zrywał warto mieć też czapę na głowie. Mnie wystarczał kaptur, który dobrą czapę zastępuje całkiem dobrze.

Buty przemakają zawsze. Jedne szybciej inne wolniej ale zawsze. Podmokłe łąki, śnieg co się topi, bagna i insze niespodzianki czynią, iż zawsze buciory przemakają. Ja po tym jak wdziałem dwie pary wełnianych skarpet nie narzekałem na zimno mimo mokrych stóp. Przy ognisku wysuszyłem je i nawet katar mnie nie dopadł po wyprawie.

Na koniec to com sam zauważył odnośnie siebie. Dawnymi czasy, gdy na ziemiach Morawian walczyłem ranę w kolano dostałem straszliwą. Medyk krześcijański nazwał ją wiązadeł skręceniem. Po niemal 16 stajach drogi, przez teren nierówny, w butach co podeszwę płaska mają jak baby nieurodziwe piersi, ledwom doszedł do końca. Każdy krok bólem się strasznym odzywał, który dwa jeszcze dni potem mi doskwierał. Gdyby droga nasza dalsza była mógłbym jej nie skończyć i w śniegu zemrzeć. Dlatego jeśli stare rany jakoweś wam doskwierają trza je dobrze płótnem elastycznym owinąć przed drogą bo uciążliwe są bardziej niŹli wiatr, deszcz i ciemność.

Sława Wam

Arnor Jolanson

Kliknij aby zobaczyć pełną trasę i zdjęcia


<< Powrót do Wypraw